Przejmować się czy się nie przejmować?

Jestem w tym związku, ale czy on rzeczywiście jest z szansą na coś bardziej i więcej? Dziś moje wątpliwości były pomiędzy nami – oddzielały mnie od niego. Jakbym bardziej z oddali na niego patrzyła, pomimo bycia obok. Jakbym oddzielała się od niego i pozbawiała złudzeń. Może niepotrzebnie zależy mi, żeby gdzieś razem wyjechać. Może to niepotrzebne. Może właśnie dobrze by było, jakbym miała dalej swoje sprawy i życie, żeby być trochę w oddzieleniu. nie za blisko. Nie za bardzo jak “prawdziwa” para. Więc jak się na koniec pokłóciliśmy o urlop, to też miałam w głowie, że może nie warto w ogóle starać się, lepiej może, żebym jechała sama.
Wczoraj w teatrze do kogoś zamachał z daleka i ja zapytałam, kogo widzi – a, taką wiolonczelistkę. Zdziwiłam się, że zna jakichś muzyków, nie mówił mi nic, więc zapytałam, skąd zna wiolonczelistkę?? I wtedy już nie miał chyba innej odpowiedzi, żeby obejść naokoło, więc powiedział: to siostra mojej byłej żony. Głupio jeszcze zapytałam: a która to?, żeby zbić i zakryć, jak mnie to trafiło, zaśmiał się, zrobiło się ciemno, zaczął się kolejny akt. Potem ukrywałam cały czas łzy, bo mnie to wcięło mocno. Ja wiem o tym. Powiedział mi wszystko. A jednocześnie powiedział mi tak mało – nie wiem, kim ona była/jest, co się z nią dzieje teraz, czy maja jakiś kontakt, co się stało, że to się sypnęło, czy pierwsza wyszła z tego ona, czy on, jak to właściwie się stało, że pobrali się, skoro tak szybko to się zweryfikowało na nie… Nawet ostatnio myślałam o tym, że to nie tylko jest przecież relacja z tamtą dziewczyną, ale że jak oni weszli w małżeństwo – proces pokaże, czy ważne, czy nieważne – to tez są relacje z całą rodziną. Przecież to jest naprawdę poważna sprawa już. To nie jest “była dziewczyna” – to jest była żona. Było wesele, były kontakty miedzy rodzinami, byli wspólni znajomi. Spotykam się z facetem “z przeszłością”, z facetem po rozwodzie. Dobrze, że on wszczął tę procedurę stwierdzania nieważności już wcześniej, tak naprawdę sam z siebie, z potrzeby uporządkowania swojego życia, tak naprawdę bez względu na nikogo, bo zdaje mi się, że nie był z nikim związany wtedy. Chyba, że tego mi nie powiedział.
Znamy sie dopiero od 3 miesięcy. Więc ja to od wczoraj jakoś mocniej przezywam, różne myśli mnie opadają, ale też mam takie poczucie, że kim ja jestem, żeby mówić mu, że się tym przejmuję, żeby on to widział – przecież ledwo się znamy. Ledwo zaczęliśmy się spotykać. Jakie ja mam niby znaczenie w jego życiu, żeby miał widzieć, że przeżywam to tak osobiście. że w ogóle płacze z tego powodu. Tez się boję to pokazać, bo – nie wiem – wyjdę na taką niedojrzałą?… Przecież mi mówił, to co się dziwię i przeżywam… Powinnam się z tym liczyć. Jakoś sucho nad tym przejść. Przecież to jest historia sprzed 8-9 lat. Tyle czasu minęło, a ja – ledwo tak naprawdę weszłam w jego życie – a już się przejmuję jakby to było wczoraj, albo jakby spotykał się ze mną będąc żonaty. e w ogóle jestem jakaś księżniczką, że taka chcę być wyjątkowa od razu, żeby tamtą relację przyćmić i być najważniejsza. Do czego ja sobie niby mogłabym rościć prawa?… Będąc sama w tym momencie ledwie przecinkiem w jego życiu?… I jak o tym powiedzieć jeszcze głośno? Przecież to jeszcze gorzej zabrzmi, właśnie jakbym chciała się intronizować manipulacją. A ja się po prostu boję, jest mi smutno i boli mnie to. Chociaż znamy się ledwie od 3 miesięcy, przeżywam.
W ogóle boję się, że okaże się, jak bardzo infantylna jestem, jak bardzo niedojrzała i egocentryczna. To już się dzieje. Boję się, że okaże się, że ja naprawdę nie wiem, jak budować związek, że ja się po prostu do tego nie nadaje, że wszystko psuję przez moje przeżywanie. Dziś ta kłótnia tez mnie trochę wybiła. Przejęłam się, że jestem zwyczajnie głupia – i że to naprawdę wyjdzie i że naprawdę okaże się, że taka jestem. że mam nadzieję, że tak nie jest, że nic nie popsuję, ale że moja nieumiejętność po prostu wyjdzie. I wyjdzie choćby w taki sposób, ze tak bardzo przejmuje się swoimi kompleksami. A wtedy wstyd na amen, najlepiej ukryć się, schować, zniknąć. Po prostu przestać być.
I jak dziś się pokłóciliśmy o urlop, to przecież wiem, co miałam w sercu pod spodem – obawę o to, czy możemy razem być, skoro on jest po rozwodzie. Czy ja tak naprawdę jestem w stanie się z tym zmierzyć. Czy warto się angażować. Ale przecież nie powiem tego głośno póki co.
A co mam po drugiej stronie? Faceta, któremu zależy. i mnie to coraz bardziej dziwi, bo sama wydaję się sobie coraz mniej ciekawa, wartościowa, atrakcyjna, im dłużej jesteśmy razem. e prawda jest taka, że jestem zupełnym zwyklakiem i niczym nie różnię się od tysiąca innych dziewczyn, z którymi mógłby się spotykać. Więc coraz bardziej mnie to dziwi. I pojawia się we mnie lęk przed porzuceniem. Musze trzymać rękę na pulsie, bo wiem,że to może spowodować u mnie nadmiarowość – że zacznę dziwne akcje robić, by go do siebie sztucznie za mocno przywiązać. Ze spokojem, ze spokojem. Jeśli to ma się stać, to się stanie – z czasem. Wszystko ma swój czas. Tej wolności równie mocno potrzebuje on, jak i ty. Więc opiekuj się sobą i bierz odpowiedzialność za swoje kawałki, żeby właśnie było wam ze sobą dobrze.
Bo co mam po drugiej stronie? Chłopaka, który potrafi przyjechać po mnie wcześnie rano, by odwieźć mnie na dworzec. Faceta, który gotuje mi rosół w dniu, kiedy źle się czuję. Mężczyznę, któremu bardzo się podobam i który lubi mnie blisko siebie. Kogoś, kto naprawdę chce ze mną coś zbudować, i to, mam wrażenie spomiędzy wierszy, że jeśli się okaże, że to gra, to myśli o relacji w dłuższej perspektywie. Kogoś, kto naprawdę ma mnie w centrum i traktuje odpowiedzialnie. Kogoś, kto bardzo mnie szanuje.
Jak to jest? Jak to się plecie? Nie może być za łatwo. Pierwszy raz tak naprawdę spotkałam kogoś, kto jest tak bardzo jednoznaczny i kto po prostu chce ZE MNĄ (!!!) być. I jest taka przeszkoda – coś, co dopiero w czasie się okaże. żebym nie była wierząca, to by mnie może nie obeszło. Ale jak jestem tak jak jestem, to nie jest mi to obojętne.
Spróbuje przez 2 tygodnie reagować entuzjazmem, radością na to, co mówi i robi. Bo ostatnio trochę marudzę, nawet jak jest coś dobrego, to trochę kręcę nosem i coś mi nie do końca pasuje. Lepiej nie zauważać, nawet w żartach, jakichś niedociągnięć, tylko ucieszyć się z tego, co jest i się dzieje. Doceniać, doceniać, doceniać. On musi doświadczać przy mnie mojej radości i entuzjazmu z bycia z nim – jeszcze nie czas na marudzenie. żeby móc marudzić od czasu do czasu, trzeba dużo osłodzić. Poza tym przecież jest mi dobrze, więc tylko mów o tym, co dobre. Ugryź się w język, jak już chcesz powiedzieć, że coś inaczej, że coś nie pasuje. Zaczekaj. Na pewno się nie zawiedziesz i możesz zaufa, bo to jest facet, który o tym wszystkim myśli i chce, żeby ci było dobrze.
A poza tym – na koniec – oczywiście modlitwa. Dziś Zesłanie Ducha więtego. Czy On słyszy nasze modlitwy? Czy nasza modlitwa ma moc stwórczą? Te cudne słowa sekwencji? Duchu działający w nas, ożywiaj nasze serce, prowadź nas i pouczaj. Duchu rady, Duchu męstwa – udziel nam swoich darów. święta Tajemnico, przemieniaj nasze wnętrze. Amen.

Advertisements

Eeeech, z naszym A. to jednak nic nie ma i nie będzie. Dziś w myśl mojego “sprawdzam” poprosiłam go o pomoc w przewiezieniu rzeczy do mojego mieszkania. Chciałabym już tam wrócić, w zasadzie wcale tam nie mieszkam. Tylko mama teraz chora i jeszcze do końca tygodnia na zwolnieniu. Zostawić ją samą w domu?… Trochę chcę tam wrócić, by sobie po swojemu na swoim pobyć, a trochę nie chcę, bo co tam będę sama siedzieć. Kto mnie odwiedzi, kto do mnie wpadnie. Ale ten krok trzeba zrobić, by się tam przenieść i zaufać temu, co to przyniesie. Przecież prosiłam św. Józefa, by był stróżem i opiekunem mojego mieszkania. Niech też będzie stróżem mojego samopoczucia. Tęsknię za przyjaźnią. Jednak jak o tym pomyśleć, to brak mi tutaj takiej naprawdę bliskiej i serdecznej osoby. Tyle że to już nie ten etap?… Bo każdy ma swoje zapracowane życie, związki, rodziny?…

Wracając do A. – zero sygnałów. Po prostu mi pomógł. Pogadał tak o, jak z każdym pewnie gada, nie było w tym nic znaczącego. Mi też nie przychodziło nawet do głowy, żeby jakoś pożartować, podpuścić go. A to znaczy, że w ogóle nie było tej energii. On ma swoją Warszawę, projekty z super-zdolnymi ludźmi, ma jakąś koleżankę z Krakowa, z którą przygotowywał Rozynę do jej premiery w Krk. Pewnie jest piękna, super-zdolna i się świetnie dogadują. Cały ten szum Warszawy, wyjątkowości, teatralno-operowe opium bohemy – gdzie mnie do tego. Jestem przy tym takim zwyklakiem, że głowa mała. Zresztą jak widzę u kogoś takie rozproszenie czy zaabsorbowanie takimi sprawami – pracą, znaczeniem jakie się ma dzięki niej, możliwościami i ludźmi, których się tam spotyka, bycie cząstką jakiegoś wielkiego świata – to widzę, że nie ma tu w ogóle przestrzeni na cokolwiek. Na cokolwiek dla mnie. I że nawet takie prozaiczne zaprzyjaźnienie się też niespecjalnie wchodzi w grę – bo jak. Kiedy, gdzie. Trzeba by spędzać czas, spotykać się, rozmawiać, robić razem wspólne rzeczy, poznawać się.

A szkoda.

Bo tęsknię za przyjaźnią i męską troską.

Czyli jednak mi się wydaje.

Bóg wie lepiej.

Jak ja mam pokruszone serce od tych wszystkich rzeczy też wie. Nie muszę nic mówić i tłumaczyć. Cicho przenoszę i oddaję. Czekam na wiosnę. Proszę o siły do pracy.

Kobieta musi wiedzieć, dla kogo żyje.

Jezu, Ty się tym zajmij.

Amen.

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem. Nie zamęczaj się analizowaniem i planowaniem. Niech przez dzisiejszy dzień przeprowadzą Cię wdzięczność i zaufanie, dzięki nim będziesz blisko mnie.

Słowa dla mnie na dziś. Jestem po śpiewie, na którym nie było dobrze. Ugrzęzłyśmy na frazie z oktawą g1-g2 w arii starowłoskiej. Nie byłam w stanie przebrnąć przez ten kawałek. Tysiąc razy śpiewamy, próbuję, walczę, szukam, ciągle czuję, że mi się cofa, zmienia miejsce, no nie mogę po prostu. Pani ciągle przerywa, daje uwagi, też walczy, no i kaplica. Widzę, że nie jestem gotowa śpiewać głosem, jeśli ma zostać wszystko zrealizowane. Muszę cofnąć się do mormorando.

I czuję już łzy napływające do oczu, bo myśli przychodzą, że jeśli utknęłam na zwykłej frazie w arii starowłoskiej (!!!), to co dopiero śpiewać poważniejsze utwory. Nie dla ciebie śpiewanie. Nie wyjdziesz z tego. Skąd we mnie te usztywnienia?… Nie będę jak Hania, Justyna. Na zawsze będziesz psychologiem. To jest nierealne, by w kilka miesięcy te rzeczy poprawić i jeszcze zrobić Królówkę?… Ta praca moja, której tak nie lubię. Te rzeczy, o których tak strasznie marzę i ciągle ich nie ma.

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem. Nie zamęczaj się analizowaniem i planowaniem. Niech przez dzisiejszy dzień przeprowadzą Cię wdzięczność i zaufanie, dzięki nim będziesz blisko mnie.

Jezu ufam Tobie. Jezu ufam Tobie. Trudno mi, gdy dzieją się takie rzeczy i gdy widzę, jak bardzo, jak daleko w lesie jestem, i nie wiem, czy kiedykolwiek z niego wyjdę. Czasu już tak mało. Kolejne konkursy są i co? Nie pojadę na nie, bo znowu się cofam do arii starowłoskich?… Czy to możliwe, by wyjść wreszcie z tego mojego klinczu wokalnego? Bym mogła zacząć śpiewać?

Zaczęłam wczoraj nabożeństwo 7 niedziel do św. Józefa i robię sobie kombo z nowennami i litanią. Do 19 marca jest czas św. Józefa. Mam milion intencji. Ale jest też taka poważna – o powołanie. O moje miejsce w świecie. Gdzie ono jest? Jakie jest moje zadanie? Bo przecież ewidentnie jakieś jest. Zostałam tak obdarowana! Po co to, Panie? Do czego mnie tu masz i chcesz? Jakie jest moje powołanie? Moje zadanie?

W sobotę rozmawiałyśmy z Heleną i powiedziałam, że mam prawo się niecierpliwić. Mam ku temu powody i to nie jest przesadzone. Ciągle jestem jakby w boksie startowym i ciągle moje życie się nie dopełnia, nie domyka. A ile już czekam, pracuję, działam.

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem.

Przynieś swoją słabość – czyli to niepowodzenie dziś na lekcji, klincz w arii starowłoskiej, niemożność luźnego przejścia przez oktawę. Przynieś mi swoją słabość, czyli tę niepewność i wszystkie twoje znaki zapytania, i ten krzyż czekania, pracy w niepewności, poszukiwań, które nie wiadomo, czym zostaną zwieńczone. Przynieś mi swoją słabość, czyli to, że sama, bez kontroli, nie zapanujesz nad głosem. I obawy, że zostało tak mało czasu a jestem znowu w lesie. Przynieś mi swoją słabość, czyli niepewność, jak i kiedy ci się życie poukłada – praca, życie zawodowe, plany i rozwój artystyczny, miłość. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację – czyli to wszystko, o czym piszę. Te moje niemożności, to cofnięcie się, te dziwne usztywnienia, tę trudność w utrzymaniu dobrej pozycji i LUZU! Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, czyli też tę niepewność i obawy, zmartwienie, krzyż czekania, pracy w niepewności i samotności, która nie jest dobrym dla ciebie stanem. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację – czyli głęboko zaufaj. Rób to, co do ciebie należy, pracuj pomimo łez i zwątpienia, pójdź dziś na akademię wieczorem, przygotuj stronę internetową, szukaj dla siebie piosenek, zrób portfolio.

Pamiętaj, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem.

Wszystko jest tak, jak ma być. Dopóki studia się nie skończyły, dopóty masz walczyć i pracować. Uparcie, uporczywie.

Powtarzaj tysiące razy “Jezu ufam Tobie”, swoje nabożeństwo codzienne. Konsekwentnie, uporczywie. Tysiące razy. Jezu ufam Tobie, św. Józefie módl się za nami, Jezu Ty się tym zajmij.

Takie to niewidzialne rzeczy. Nawet mogłam mówić głośno, ale nie zrobiłam tego. Może wystarczy po prostu czuć, i tyle? Pomyśleć? A druga osoba i tak jakoś przedziwnie to odbiera?

Miałam zajęcia z naszym drogim A. i były bardzo dobre. Tak jakoś spokojnie było, choć bardzo dużo walczyliśmy z moją pozycją głosu :). To takie dziwne. Że się zastanawiam, czy to jest, czy tego nie ma? Jakiś rodzaj bliskości, troski i czułości? Czy to się wydaje, czy to jest? Nikt nic nie powie głośno, cały czas pracujemy, ale to jakby było gdzieś w niewypowiedzeniu, w tonie głosu, w tym jak patrzymu, w uważności na siebie, z którą chyba jest nam dobrze. Ale na koniec nikt nie powie nic. Umawiamy się na następne zajęcia. Dowiaduję się, że znowu go dużo nie będzie i może nie spotkamy się ani w tym, ani w następnym tygodniu. To nie pytam przecież o nic więcej. Ale szkoda mi wychodzić i iść, tylko nie mogę nic przeciągnąć, bo mama na mnie czeka i musimy razem jechać do lekarza. Więc dziękuję i żegnam się.

Mhm, ale mi dobrze było tak z nim ten czas spędzić, choć to niby zajęcia, to jednak miło mi być z sobie z tym chłopakiem. I miło, jak mówi do mnie “słońce”, miło jak mi coś pokazuje i podchodzi blisko, miło jak trzyma mnie za ręce, miło, jak mi masuje staw żuchwowy i głaszcze po twarzy, i ja się zastanawiam, czy to tylko ćwiczenie, czy jakoś dobrze nam z tym dotykiem i czy mi się tylko wydaje, czy mimowolnie i on, i ja wkładamy w to czułość? Miło, jak mnie chwyta za kark, żeby mnie tam rozluźniać w trakcie śpiewania, i akurat dziś mam na zajęciach rozpuszczone włosy, więc trzyma dłoń pod włosami i musi je lekko odgarnąć. Ja nic nie mówię, bo to przecież ćwiczenia, zajęcia i praca. Ale myślę i na ułamki sekund poddaję się temu, co mi się może tylko wydaje, ale takie jest miłe. I tak na ułamek sekundy jestem w tej bliskości już nie na zajęciach, ale z chłopakiem, do którego mam słabość. Nic nie mówię. Bo też jest we mnie decyzja, by teraz do 19 lutego dać czas J. na spotkanie i rozmowę. Pisałam do niego tydzień temu. We czwartek. Potem delikatnie przypomniałam się w niedzielę, czy może jest w Bydgoszczy. Dzisiaj środa. Ale coś ustaliliśmy z panem Bogiem, Alvaro i Heleną, więc czekamy i sprawdzamy. Dlatego to nawet uczciwe, nie mówić nic, prawda? Choć tak miło mi poddać się tej niewidzialnej bliskości i czułości. I chciałabym więcej i dłużej, i żeby się spotkać, porozmawiać, i mieć ze sobą czas tak po prostu, ale chowam to w sercu i wychodzę, pytając o zajęcia i rozmawiając o śpiewaniu, poza tym peszy mnie, że wyjeżdża i znowu go nie będzie, i że on tak nie ma czasu. Więc nawet jeśli, to co ja będę wychodzić z tym niewidzialnym trochę bardziej?

Wyszłam z akademii i do teraz mnie trzyma zaduma, milczenie, tęsknota i smutek. W zeszłym roku wszystko to wypierałam i racjonalizowałam, w tym to już jakby jest trochę bardziej ewidentne, że może jednak coś jest pod skorupą? Rozmowa z naszą Olą z ośrodka kiedyś mnie uspokoiła – nie muszę za wszelką cenę starać się mówić i kombinować, jak wysłać sygnały, by dotarły. Jeśli przeżywam coś przy drugim człowieku i mi się podoba i cieszy jego obecność, to sygnały są i tak. Choćby te niewidzialne. Choćby takie, że położę całą dłoń na jego dłoni, a nie tylko same palce. Że uśmiechnę się, gdy mnie głaszcze po policzkach i pomyślę w duchu, że to takie miłe. Że widzę, że on ma lekki opór, by wstać od fortepianu i podejść do mnie blisko, ale jak już jest, to jest jakby odrobinę bliżej niż to by miało być tylko względem studentki na zajęciach, a mi to bardzo pasuje i wcale się nie peszę tą bliskością?

Choć może mi się tylko wydaje :). Czy moje ciało i serce by jednak wtedy tak to odbierało? Ha!

Mówić o uczuciach. Szkoda życia na nie mówienie o tym, co jest w nas prawdziwie. Co mam do stracenia? Ryzykuję tylko niezrozumieniem i odrzuceniem. To się z czasem poukłada. A do zyskania mam być może wszystko :). Nie chcę omijać szans, które podsuwa mi życie.

To moje życie i chcę je przeżyć od początku do końca w pełni. Nie przekraczając granicy zasad i wartości, w które wierzę, ale nie tłumiąc i zaprzeczając uczuciom.

Wydarzyło się coś ważnego. Coś było, co ma duży potencjał – choćby przyjaźni. Mogę powiedzieć “sprawdzam”.

Powiedzieć, że nie chcę by wyjeżdżał, skoro nie chcę. I można uzasadnić – wydarzyło się coś, co było dla mnie ważne, co ma piękny potencjał, by dalej się rozwijać, on też dawał sygnały o chęci kontynuowania relacji, a jak tersz wyjeżdża, to możliwości mocno się ograniczają i relacja zostanie naderwana. Nie chcę tego.

O co chodzi z tymi dziewczynami, o których pisał. To w końcu ma jakąś pannę czy nie? Mam prawo spytać, o co chodzi – on słowem nie napomknął o sylwestrze i tych dziwacznych wiadomościach. Jak ktoś jest, to przynajmniej będę wiedzieć, co opłakać, na co się powkurzać, i puszczę to za siebie, a tak zostaję w niedopowiedzeniu. Moim interesem jest troszczyć się o siebie i zatroszczyć się o przejrzystość relacji, która stała się dla mnie ważna. I nawet jak ma zostać zerwana, to chcę by została zerwana w jasności, a nie we mgle.

Zrobi z tym, co chcę, ale przynajmniej ja wypuszczę z siebie i oddam.mu uczucia, które we mnie są, a które są jego udziałem i współodpowiedzialnością. Nawet, jeśli miało to wszystko być koleżeńskim czasem bez żadnych podtekstów – co zdecydowanie mu nie wyszło, bo nawet jeśli bardzo się pilnował, dawał wyraźne sygnały zainteresowania mną jako dziewczyną – to mogę czuć się dziwnie przy takim obrocie sprawy i braku jakiejkolwiek troski o wyjaśnienie mi tego. Nagłe zabranie komuś zaangażowania i uwagi, które wcześniej było bardzo intensywne i wychodziło z jego inicjatywy wprawia w konsternację także w relacjach koleżeńskich. To zwykłe wystawienie kogoś. Swoją drogą w strasznej sprzeczności do jego kultury osobistej i dbałości o relacje z ludźmi, jakimi zdaje się, że się cechuje. Wzbudził we mnie określone wrażenie, przywiązanie, zostałam przez niego mocno zaopiekowana i było mi z tym bardzo dobrze, zresztą odnosiłam wrażenie, że on też bardzo dobrze przy mnie się czuje – więc teraz nie chcę po prostu zostawiać tego bez słowa komentarza o tym, co to dla mnie znaczyło. On zrobi z tym co chce, życie toczy się dalej. Nie wyznaję mu miłości, ale chęć kontynuowania relacji i niepokój o to w kontekście nagłych zmian w jego życiu. Nie ma nic ważniejszego od relacji i być może szansy na miłość, którą – kto wie – może w sobie nawzajem spotkaliśmy. Może nie. Ale na pewno nie zobaczymy, gdzie może nas doprowadzić ta relacja, która miała bardzo piękny i zabawny początek, jeśli teraz ją przerwiemy albo przerwie ją jego oddalenie się do innego miasta. Co w sumie też nie jest ostatecznie przeszkodą, ale wymaga pomyślunku. Ale może to jest tego warte.

Ja jestem wymagającym partnerem, ale to na pewno mu nie zaszkodzi. Może mu wyjść tylko na dobre :). No i nie warto się ukrywać czy oszukiwać – szkoda na to czasu. Zbyt wiele dobrego może nas minąć, jeśli to, co ważne, zostawiamy dla siebie.

Ładny ten tekst, więc przeklejam.

“Nie mam siły, Kasiu. Ile razy można wpuszczać do swojego serca i świata różne osoby. Ja naprawdę się przy nim otworzyłam – on może myśli, że taka po prostu jestem, ale ja mało z którym chłopakiem rozmawiam w taki sposób, tak spędzam czas. Tak do siebie dopuszczam. Wiesz zresztą. To było dla mnie wyjątkowe, i odkryłam w nim pokrewną duszę wcale nie od pierwszego momentu. Rzadko spotyka się kogoś, z kim tak dobrze się rozumiesz i tak dobrze się czujesz – więc serce mi pęka. Ja takiej osoby nie spotkałam jeszcze. Żeby chodziło tylko o kokieterię – na kokieterię przecież bym się nie złapała, bo jest pusta. Tutaj był kontakt, troska i naturalność. Nie wiem, czemu to się potoczyło w taki sposób i nie chcę oceniać. Chcę zasnąć i obudzić się wiosną, jak już o wszystkim zapomnę. Znowu nosić kwieciste, letnie sukienki i rozpuszczone włosy. Dużo jeździć na rowerze i wystawiać twarz na słońce. Chcę śmiać się z bliskimi ludźmi i robić z nimi piękne, ważne rzeczy. Pić prosecco w kawiarniach na ulicy. Podobać się tym, z którymi się spotykam. Nie chcę być sama.”

“Kasiu, wiesz, wraca też do mnie, co powiedziała mi kiedyś Helena – kobieta musi wiedzieć, dla kogo żyje. Po pożegnaniu z Jankiem wszystko, co robię, nagle stało się dla mnie puste, niewarte zaangażowania, starań, uwagi. Jak on mi życzył powodzenia w skrzypcach, śpiewaniu, muzyce – nagle poczułam, jakby mi to wypadło z rąk i przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Sama obserwuję to u siebie ze zdumieniem, nawet mnie to nie złości ani nie smuci, to po prostu jest. Nagle jakbym stanęła pośrodku pustki. Moje śpiewanie, moja gra na skrzypcach, moje starania o projekty, koncerty, moje pomysły, moja praca i moja walka o zmiany, moje sukienki i moje imprezy – wszystko nagle jest nijakie, żadne, puste, niewarte starania. Wiesz, nie chcę z tym walczyć – niech moje serce dostanie tyle czasu, ile potrzebuje, by na nowo się narodzić.”

Wiem już, po co są nam obrazy Świętych. Wizerunek Jezusa i Maryi. Gdy oczy i wyobraźnia nie chcą nas słuchać i podsuwają nam cały czas przed umysł i serce obrazy sytuacji i osób, które zaprzątają nam wnętrze, można się wpatrywać w święte oblicze i w ten sposób umartwić nieujarzmione władze ducha. Żeby odepierać zamęt z serca i zanurzać się, zanurzać się coraz bardziej w obecność Bożą. By zostawiać, oddawać i zapominać o tym, co ważne, bliskie, co boli, co niepewne, co jest poza naszą wiedzą, mocą i wpływem. By skierować oczy na święty wizerunek i ciałem, i wolą trwać w zawierzeniu, w Panu.

Jestem po spotkaniu. Pękło mi serce.