Eeeech, z naszym A. to jednak nic nie ma i nie będzie. Dziś w myśl mojego “sprawdzam” poprosiłam go o pomoc w przewiezieniu rzeczy do mojego mieszkania. Chciałabym już tam wrócić, w zasadzie wcale tam nie mieszkam. Tylko mama teraz chora i jeszcze do końca tygodnia na zwolnieniu. Zostawić ją samą w domu?… Trochę chcę tam wrócić, by sobie po swojemu na swoim pobyć, a trochę nie chcę, bo co tam będę sama siedzieć. Kto mnie odwiedzi, kto do mnie wpadnie. Ale ten krok trzeba zrobić, by się tam przenieść i zaufać temu, co to przyniesie. Przecież prosiłam św. Józefa, by był stróżem i opiekunem mojego mieszkania. Niech też będzie stróżem mojego samopoczucia. Tęsknię za przyjaźnią. Jednak jak o tym pomyśleć, to brak mi tutaj takiej naprawdę bliskiej i serdecznej osoby. Tyle że to już nie ten etap?… Bo każdy ma swoje zapracowane życie, związki, rodziny?…

Wracając do A. – zero sygnałów. Po prostu mi pomógł. Pogadał tak o, jak z każdym pewnie gada, nie było w tym nic znaczącego. Mi też nie przychodziło nawet do głowy, żeby jakoś pożartować, podpuścić go. A to znaczy, że w ogóle nie było tej energii. On ma swoją Warszawę, projekty z super-zdolnymi ludźmi, ma jakąś koleżankę z Krakowa, z którą przygotowywał Rozynę do jej premiery w Krk. Pewnie jest piękna, super-zdolna i się świetnie dogadują. Cały ten szum Warszawy, wyjątkowości, teatralno-operowe opium bohemy – gdzie mnie do tego. Jestem przy tym takim zwyklakiem, że głowa mała. Zresztą jak widzę u kogoś takie rozproszenie czy zaabsorbowanie takimi sprawami – pracą, znaczeniem jakie się ma dzięki niej, możliwościami i ludźmi, których się tam spotyka, bycie cząstką jakiegoś wielkiego świata – to widzę, że nie ma tu w ogóle przestrzeni na cokolwiek. Na cokolwiek dla mnie. I że nawet takie prozaiczne zaprzyjaźnienie się też niespecjalnie wchodzi w grę – bo jak. Kiedy, gdzie. Trzeba by spędzać czas, spotykać się, rozmawiać, robić razem wspólne rzeczy, poznawać się.

A szkoda.

Bo tęsknię za przyjaźnią i męską troską.

Czyli jednak mi się wydaje.

Bóg wie lepiej.

Jak ja mam pokruszone serce od tych wszystkich rzeczy też wie. Nie muszę nic mówić i tłumaczyć. Cicho przenoszę i oddaję. Czekam na wiosnę. Proszę o siły do pracy.

Kobieta musi wiedzieć, dla kogo żyje.

Jezu, Ty się tym zajmij.

Amen.

Advertisements

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem. Nie zamęczaj się analizowaniem i planowaniem. Niech przez dzisiejszy dzień przeprowadzą Cię wdzięczność i zaufanie, dzięki nim będziesz blisko mnie.

Słowa dla mnie na dziś. Jestem po śpiewie, na którym nie było dobrze. Ugrzęzłyśmy na frazie z oktawą g1-g2 w arii starowłoskiej. Nie byłam w stanie przebrnąć przez ten kawałek. Tysiąc razy śpiewamy, próbuję, walczę, szukam, ciągle czuję, że mi się cofa, zmienia miejsce, no nie mogę po prostu. Pani ciągle przerywa, daje uwagi, też walczy, no i kaplica. Widzę, że nie jestem gotowa śpiewać głosem, jeśli ma zostać wszystko zrealizowane. Muszę cofnąć się do mormorando.

I czuję już łzy napływające do oczu, bo myśli przychodzą, że jeśli utknęłam na zwykłej frazie w arii starowłoskiej (!!!), to co dopiero śpiewać poważniejsze utwory. Nie dla ciebie śpiewanie. Nie wyjdziesz z tego. Skąd we mnie te usztywnienia?… Nie będę jak Hania, Justyna. Na zawsze będziesz psychologiem. To jest nierealne, by w kilka miesięcy te rzeczy poprawić i jeszcze zrobić Królówkę?… Ta praca moja, której tak nie lubię. Te rzeczy, o których tak strasznie marzę i ciągle ich nie ma.

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem. Nie zamęczaj się analizowaniem i planowaniem. Niech przez dzisiejszy dzień przeprowadzą Cię wdzięczność i zaufanie, dzięki nim będziesz blisko mnie.

Jezu ufam Tobie. Jezu ufam Tobie. Trudno mi, gdy dzieją się takie rzeczy i gdy widzę, jak bardzo, jak daleko w lesie jestem, i nie wiem, czy kiedykolwiek z niego wyjdę. Czasu już tak mało. Kolejne konkursy są i co? Nie pojadę na nie, bo znowu się cofam do arii starowłoskich?… Czy to możliwe, by wyjść wreszcie z tego mojego klinczu wokalnego? Bym mogła zacząć śpiewać?

Zaczęłam wczoraj nabożeństwo 7 niedziel do św. Józefa i robię sobie kombo z nowennami i litanią. Do 19 marca jest czas św. Józefa. Mam milion intencji. Ale jest też taka poważna – o powołanie. O moje miejsce w świecie. Gdzie ono jest? Jakie jest moje zadanie? Bo przecież ewidentnie jakieś jest. Zostałam tak obdarowana! Po co to, Panie? Do czego mnie tu masz i chcesz? Jakie jest moje powołanie? Moje zadanie?

W sobotę rozmawiałyśmy z Heleną i powiedziałam, że mam prawo się niecierpliwić. Mam ku temu powody i to nie jest przesadzone. Ciągle jestem jakby w boksie startowym i ciągle moje życie się nie dopełnia, nie domyka. A ile już czekam, pracuję, działam.

Przynieś mi swoją słabość, a otrzymasz mój Pokój. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, pamiętając, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem.

Przynieś swoją słabość – czyli to niepowodzenie dziś na lekcji, klincz w arii starowłoskiej, niemożność luźnego przejścia przez oktawę. Przynieś mi swoją słabość, czyli tę niepewność i wszystkie twoje znaki zapytania, i ten krzyż czekania, pracy w niepewności, poszukiwań, które nie wiadomo, czym zostaną zwieńczone. Przynieś mi swoją słabość, czyli to, że sama, bez kontroli, nie zapanujesz nad głosem. I obawy, że zostało tak mało czasu a jestem znowu w lesie. Przynieś mi swoją słabość, czyli niepewność, jak i kiedy ci się życie poukłada – praca, życie zawodowe, plany i rozwój artystyczny, miłość. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację – czyli to wszystko, o czym piszę. Te moje niemożności, to cofnięcie się, te dziwne usztywnienia, tę trudność w utrzymaniu dobrej pozycji i LUZU! Akceptuj samego siebie i swoją sytuację, czyli też tę niepewność i obawy, zmartwienie, krzyż czekania, pracy w niepewności i samotności, która nie jest dobrym dla ciebie stanem. Akceptuj samego siebie i swoją sytuację – czyli głęboko zaufaj. Rób to, co do ciebie należy, pracuj pomimo łez i zwątpienia, pójdź dziś na akademię wieczorem, przygotuj stronę internetową, szukaj dla siebie piosenek, zrób portfolio.

Pamiętaj, że dzierżę zwierzchnią władzę nad światem.

Wszystko jest tak, jak ma być. Dopóki studia się nie skończyły, dopóty masz walczyć i pracować. Uparcie, uporczywie.

Powtarzaj tysiące razy “Jezu ufam Tobie”, swoje nabożeństwo codzienne. Konsekwentnie, uporczywie. Tysiące razy. Jezu ufam Tobie, św. Józefie módl się za nami, Jezu Ty się tym zajmij.

Takie to niewidzialne rzeczy. Nawet mogłam mówić głośno, ale nie zrobiłam tego. Może wystarczy po prostu czuć, i tyle? Pomyśleć? A druga osoba i tak jakoś przedziwnie to odbiera?

Miałam zajęcia z naszym drogim A. i były bardzo dobre. Tak jakoś spokojnie było, choć bardzo dużo walczyliśmy z moją pozycją głosu :). To takie dziwne. Że się zastanawiam, czy to jest, czy tego nie ma? Jakiś rodzaj bliskości, troski i czułości? Czy to się wydaje, czy to jest? Nikt nic nie powie głośno, cały czas pracujemy, ale to jakby było gdzieś w niewypowiedzeniu, w tonie głosu, w tym jak patrzymu, w uważności na siebie, z którą chyba jest nam dobrze. Ale na koniec nikt nie powie nic. Umawiamy się na następne zajęcia. Dowiaduję się, że znowu go dużo nie będzie i może nie spotkamy się ani w tym, ani w następnym tygodniu. To nie pytam przecież o nic więcej. Ale szkoda mi wychodzić i iść, tylko nie mogę nic przeciągnąć, bo mama na mnie czeka i musimy razem jechać do lekarza. Więc dziękuję i żegnam się.

Mhm, ale mi dobrze było tak z nim ten czas spędzić, choć to niby zajęcia, to jednak miło mi być z sobie z tym chłopakiem. I miło, jak mówi do mnie “słońce”, miło jak mi coś pokazuje i podchodzi blisko, miło jak trzyma mnie za ręce, miło, jak mi masuje staw żuchwowy i głaszcze po twarzy, i ja się zastanawiam, czy to tylko ćwiczenie, czy jakoś dobrze nam z tym dotykiem i czy mi się tylko wydaje, czy mimowolnie i on, i ja wkładamy w to czułość? Miło, jak mnie chwyta za kark, żeby mnie tam rozluźniać w trakcie śpiewania, i akurat dziś mam na zajęciach rozpuszczone włosy, więc trzyma dłoń pod włosami i musi je lekko odgarnąć. Ja nic nie mówię, bo to przecież ćwiczenia, zajęcia i praca. Ale myślę i na ułamki sekund poddaję się temu, co mi się może tylko wydaje, ale takie jest miłe. I tak na ułamek sekundy jestem w tej bliskości już nie na zajęciach, ale z chłopakiem, do którego mam słabość. Nic nie mówię. Bo też jest we mnie decyzja, by teraz do 19 lutego dać czas J. na spotkanie i rozmowę. Pisałam do niego tydzień temu. We czwartek. Potem delikatnie przypomniałam się w niedzielę, czy może jest w Bydgoszczy. Dzisiaj środa. Ale coś ustaliliśmy z panem Bogiem, Alvaro i Heleną, więc czekamy i sprawdzamy. Dlatego to nawet uczciwe, nie mówić nic, prawda? Choć tak miło mi poddać się tej niewidzialnej bliskości i czułości. I chciałabym więcej i dłużej, i żeby się spotkać, porozmawiać, i mieć ze sobą czas tak po prostu, ale chowam to w sercu i wychodzę, pytając o zajęcia i rozmawiając o śpiewaniu, poza tym peszy mnie, że wyjeżdża i znowu go nie będzie, i że on tak nie ma czasu. Więc nawet jeśli, to co ja będę wychodzić z tym niewidzialnym trochę bardziej?

Wyszłam z akademii i do teraz mnie trzyma zaduma, milczenie, tęsknota i smutek. W zeszłym roku wszystko to wypierałam i racjonalizowałam, w tym to już jakby jest trochę bardziej ewidentne, że może jednak coś jest pod skorupą? Rozmowa z naszą Olą z ośrodka kiedyś mnie uspokoiła – nie muszę za wszelką cenę starać się mówić i kombinować, jak wysłać sygnały, by dotarły. Jeśli przeżywam coś przy drugim człowieku i mi się podoba i cieszy jego obecność, to sygnały są i tak. Choćby te niewidzialne. Choćby takie, że położę całą dłoń na jego dłoni, a nie tylko same palce. Że uśmiechnę się, gdy mnie głaszcze po policzkach i pomyślę w duchu, że to takie miłe. Że widzę, że on ma lekki opór, by wstać od fortepianu i podejść do mnie blisko, ale jak już jest, to jest jakby odrobinę bliżej niż to by miało być tylko względem studentki na zajęciach, a mi to bardzo pasuje i wcale się nie peszę tą bliskością?

Choć może mi się tylko wydaje :). Czy moje ciało i serce by jednak wtedy tak to odbierało? Ha!

Mówić o uczuciach. Szkoda życia na nie mówienie o tym, co jest w nas prawdziwie. Co mam do stracenia? Ryzykuję tylko niezrozumieniem i odrzuceniem. To się z czasem poukłada. A do zyskania mam być może wszystko :). Nie chcę omijać szans, które podsuwa mi życie.

To moje życie i chcę je przeżyć od początku do końca w pełni. Nie przekraczając granicy zasad i wartości, w które wierzę, ale nie tłumiąc i zaprzeczając uczuciom.

Wydarzyło się coś ważnego. Coś było, co ma duży potencjał – choćby przyjaźni. Mogę powiedzieć “sprawdzam”.

Powiedzieć, że nie chcę by wyjeżdżał, skoro nie chcę. I można uzasadnić – wydarzyło się coś, co było dla mnie ważne, co ma piękny potencjał, by dalej się rozwijać, on też dawał sygnały o chęci kontynuowania relacji, a jak tersz wyjeżdża, to możliwości mocno się ograniczają i relacja zostanie naderwana. Nie chcę tego.

O co chodzi z tymi dziewczynami, o których pisał. To w końcu ma jakąś pannę czy nie? Mam prawo spytać, o co chodzi – on słowem nie napomknął o sylwestrze i tych dziwacznych wiadomościach. Jak ktoś jest, to przynajmniej będę wiedzieć, co opłakać, na co się powkurzać, i puszczę to za siebie, a tak zostaję w niedopowiedzeniu. Moim interesem jest troszczyć się o siebie i zatroszczyć się o przejrzystość relacji, która stała się dla mnie ważna. I nawet jak ma zostać zerwana, to chcę by została zerwana w jasności, a nie we mgle.

Zrobi z tym, co chcę, ale przynajmniej ja wypuszczę z siebie i oddam.mu uczucia, które we mnie są, a które są jego udziałem i współodpowiedzialnością. Nawet, jeśli miało to wszystko być koleżeńskim czasem bez żadnych podtekstów – co zdecydowanie mu nie wyszło, bo nawet jeśli bardzo się pilnował, dawał wyraźne sygnały zainteresowania mną jako dziewczyną – to mogę czuć się dziwnie przy takim obrocie sprawy i braku jakiejkolwiek troski o wyjaśnienie mi tego. Nagłe zabranie komuś zaangażowania i uwagi, które wcześniej było bardzo intensywne i wychodziło z jego inicjatywy wprawia w konsternację także w relacjach koleżeńskich. To zwykłe wystawienie kogoś. Swoją drogą w strasznej sprzeczności do jego kultury osobistej i dbałości o relacje z ludźmi, jakimi zdaje się, że się cechuje. Wzbudził we mnie określone wrażenie, przywiązanie, zostałam przez niego mocno zaopiekowana i było mi z tym bardzo dobrze, zresztą odnosiłam wrażenie, że on też bardzo dobrze przy mnie się czuje – więc teraz nie chcę po prostu zostawiać tego bez słowa komentarza o tym, co to dla mnie znaczyło. On zrobi z tym co chce, życie toczy się dalej. Nie wyznaję mu miłości, ale chęć kontynuowania relacji i niepokój o to w kontekście nagłych zmian w jego życiu. Nie ma nic ważniejszego od relacji i być może szansy na miłość, którą – kto wie – może w sobie nawzajem spotkaliśmy. Może nie. Ale na pewno nie zobaczymy, gdzie może nas doprowadzić ta relacja, która miała bardzo piękny i zabawny początek, jeśli teraz ją przerwiemy albo przerwie ją jego oddalenie się do innego miasta. Co w sumie też nie jest ostatecznie przeszkodą, ale wymaga pomyślunku. Ale może to jest tego warte.

Ja jestem wymagającym partnerem, ale to na pewno mu nie zaszkodzi. Może mu wyjść tylko na dobre :). No i nie warto się ukrywać czy oszukiwać – szkoda na to czasu. Zbyt wiele dobrego może nas minąć, jeśli to, co ważne, zostawiamy dla siebie.

Ładny ten tekst, więc przeklejam.

“Nie mam siły, Kasiu. Ile razy można wpuszczać do swojego serca i świata różne osoby. Ja naprawdę się przy nim otworzyłam – on może myśli, że taka po prostu jestem, ale ja mało z którym chłopakiem rozmawiam w taki sposób, tak spędzam czas. Tak do siebie dopuszczam. Wiesz zresztą. To było dla mnie wyjątkowe, i odkryłam w nim pokrewną duszę wcale nie od pierwszego momentu. Rzadko spotyka się kogoś, z kim tak dobrze się rozumiesz i tak dobrze się czujesz – więc serce mi pęka. Ja takiej osoby nie spotkałam jeszcze. Żeby chodziło tylko o kokieterię – na kokieterię przecież bym się nie złapała, bo jest pusta. Tutaj był kontakt, troska i naturalność. Nie wiem, czemu to się potoczyło w taki sposób i nie chcę oceniać. Chcę zasnąć i obudzić się wiosną, jak już o wszystkim zapomnę. Znowu nosić kwieciste, letnie sukienki i rozpuszczone włosy. Dużo jeździć na rowerze i wystawiać twarz na słońce. Chcę śmiać się z bliskimi ludźmi i robić z nimi piękne, ważne rzeczy. Pić prosecco w kawiarniach na ulicy. Podobać się tym, z którymi się spotykam. Nie chcę być sama.”

“Kasiu, wiesz, wraca też do mnie, co powiedziała mi kiedyś Helena – kobieta musi wiedzieć, dla kogo żyje. Po pożegnaniu z Jankiem wszystko, co robię, nagle stało się dla mnie puste, niewarte zaangażowania, starań, uwagi. Jak on mi życzył powodzenia w skrzypcach, śpiewaniu, muzyce – nagle poczułam, jakby mi to wypadło z rąk i przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Sama obserwuję to u siebie ze zdumieniem, nawet mnie to nie złości ani nie smuci, to po prostu jest. Nagle jakbym stanęła pośrodku pustki. Moje śpiewanie, moja gra na skrzypcach, moje starania o projekty, koncerty, moje pomysły, moja praca i moja walka o zmiany, moje sukienki i moje imprezy – wszystko nagle jest nijakie, żadne, puste, niewarte starania. Wiesz, nie chcę z tym walczyć – niech moje serce dostanie tyle czasu, ile potrzebuje, by na nowo się narodzić.”

Wiem już, po co są nam obrazy Świętych. Wizerunek Jezusa i Maryi. Gdy oczy i wyobraźnia nie chcą nas słuchać i podsuwają nam cały czas przed umysł i serce obrazy sytuacji i osób, które zaprzątają nam wnętrze, można się wpatrywać w święte oblicze i w ten sposób umartwić nieujarzmione władze ducha. Żeby odepierać zamęt z serca i zanurzać się, zanurzać się coraz bardziej w obecność Bożą. By zostawiać, oddawać i zapominać o tym, co ważne, bliskie, co boli, co niepewne, co jest poza naszą wiedzą, mocą i wpływem. By skierować oczy na święty wizerunek i ciałem, i wolą trwać w zawierzeniu, w Panu.

Jestem po spotkaniu. Pękło mi serce.

Po ciężkim humorze przed jutrem, jak upuściłam to do Kasi i Heleny, rozluźniłam się i teraz jestem w normalnym stanie pogody ducha i żartów. Zatem piszę wesołkowate, lekkie rzeczy, które mi przychodzą do głowy.

– kiedy robi parapetówkę w Po? A jak mnie nie zaprosi, to ciekawe, czym sobie zasłużyłam na bana? 😀

– skoro ma dobrą rękę do zapoznawania ze sobą ludzi, to może zrobiłby mi przysługę i poznał z jakimś sympatycznym kolegą albo wprowadził w ciekawe towarzystwo? Jakiś pożytek bym przynajmniej miała z tej znajomości z nim i z tego jego zawracania mi głowy. Byleby kolega był mądrzejszy, ładniejszy, lepiej wychowany, mężny i równie wysoki jak on. Nie musi umieć naprawiać kontaktów, wystarczy jak będzie dostatecznie zaradny, by przedzwonić do odpowiednich majstrów. 😀

– może mi podziękować za swoją nową pracę, bo modliłam się za niego. Oto błogosławione efekty. Liczę teraz na zwrot. 😀

– czy modlił się nowenną o pracę? Wówczas jest dłużny św. Josemarii chociaż jedną spowiedź i dzień skupienia w ośrodku dla panów… 😈😎💪